Uśmiech szaleńca

Gdy kilka dni temu jechałam autobusem na uczelnię było w nim zadziwiająco dużo luzu. A musicie wiedzieć – to się nie zdarza, szczególnie w godzinach porannych! W tamtej chwili zastanawiałam się nawet czy przypadkiem na moim wydziale nie odwołali zajęć o czym nie zostałam poinformowana. W panice zajrzałam na stronę wydziału, ale że nic tam na ten temat nie znalazłam to postanowiłam dać sobie spokój z domysłami i przeczuwaniem najgorszego. Usiadłam więc przy oknie – miejsce do siedzenia, niebywałe! – i wyciągnęłam książkę. I tak sobie jechałam, szczęśliwa, w całkiem wygodnej pozycji jak na autobusowe standardy, zanurzona w jakiejś historii… do czasu.

Autobus zatrzymał się na przystanku, otworzył drzwi i… i przez całe pięć sekund nic się nie działo. A potem do autobusu wpadły dzieciaczki. Całe przedszkole! W żółtych kamizelkach, kolorowych plecakach i z uśmiechami na ustach. Szukały miejsc do siedzenia, a obok mnie było ich całkiem sporo. Całkiem sporo, czyli jakieś dwa, ale dzieci zmieściło się na nich całe pięć i pół sztuki. Zrobiło się trochę ciasno i głośno, ale wiecie co? W końcu poczułam, że jadę na moją uczelnie! Poczuł to też chyba chłopak siedzący naprzeciwko mnie – nagle z całego siedzenia jakie miał na własność przed kilkoma minutami – teraz przypadało mu tylko pół. Nie wydawał się jednak zdenerwowany i zły, jak to wiele ludzi w takiej sytuacji. Całkiem dobrze się bawił – tak samo jak ja. Ileż to sekretów dotarło do naszych uszu tego poranka, ileż szalonych pomysłów, ileż radości zobaczyliśmy! Bo wiecie, dzieci w komunikacji miejskiej to nie musi być przeszkoda – to może być skarbnica inspiracji. Ale to już zależy od Waszego sposobu postrzegania świata. My mieliśmy chyba całkiem dobry, bo udzieliło nam się to ich zadowolenie i zaczęliśmy się uśmiechać. Trochę to do dzieci, trochę do szyby autobusu, trochę do siebie nawzajem. Był to uśmiech zrozumienia, nic szalonego, jedynie radość wyrażona ułożeniem ust, gdy sześciolatek na siedzeniu obok wyznawał nieśmiałą miłość swojej koleżance i pozwolił jej usiąść na swoich kolanach. Nic szalonego, no chyba, że radość uznacie za wystarczająco szaloną motywację do uśmiechu.

Mam kilka różnych uśmiechów. A jako że mam bloga, a nie kanał na YouTube to zapewne większość z Was kojarzy mnie jedynie ze zdjęć i może się tylko domyślać jak naprawdę wygląda mój uśmiech. Mam kilka uśmiechów – ale nie numeruje ich jak to w serialach bywa, choć czasem mnie kusi – po co jednak to robić, skoro wszystkie są prawdziwe i spontaniczne? Są spontaniczne, jednak każdy ma swoją chwilę w określonej sytuacji z określonymi ludźmi. Tamtego poranka w autobusie posłałam nieśmiały uśmiech porozumienia do chłopaka z siedzenia naprzeciwko i trochę bardziej śmiały uśmiech w odpowiedzi na głośne „O, pani ma telefon-minionka” od jednego z małych ludzi. Później wyszłam z autobusu i na uczelni powitałam znajomych najśmielszym uśmiechem, na jaki się tego poranka zdobyłam – uśmiechem pełnym zębów, jednym z moich ulubionych. Jednak nie najbardziej szalonym, bo ten z kolei pokazuje wszystkie zęby i dziąsła, mówi „cześćczołemdzieńdoberekjaksiędziśmacie?!” i pozwala mi skakać z radości i podekscytowania. To uśmiech dla bliskich przyjaciół i dobrych znajomych, to uśmiech szaleńca. To uśmiech kogoś, kto już za kilka lat będzie miał niezłe zmarszczki mimiczne. I wiecie co? Ten szaleniec się nawet z tego cieszy!

Czasem eksperymentuję i uśmiecham się do nieznajomych najbardziej szalonym uśmiechem – zwykle na jakichś większych eventach. Tam ma to sens – ludzie są otwarci, uśmiechają się do świata to czemu nie mieliby odwzajemnić miłego gestu? Ale jeśli wyjdę z tym na ulicę to uzyskuję całkiem odwrotny efekt. Bo wiecie, ja mogłabym mieć ten szalony uśmiech częściej na twarzy, ale… ludzie tego po prostu nie lubią. Nie wiedzą dlaczego się do nich tak uśmiecham – mają coś na twarzy, ubrudzili się czekoladą? Powinni mnie znać? Odwracają się w nadziei, że to nie do nich, są niepewni. I nie ma tu znaczenia jaki jest to uśmiech – nie licząc nieznacznego podniesienia kącików ust – ludzie wciąż są niepewni. W większym lub mniejszym stopniu, ale jednak. Tak, jakby spotkali szaleńca.

Kiedy ostatnio uśmiechnęliście się do nieznajomego na ulicy? Pewnie dawno. Ja w sumie też. Prędzej uśmiecham się do dzieci niż do dorosłych – dzieci zawsze uśmiech odwzajemnią, a dorośli? Czują podstęp. Nie dziwię się im, w końcu gdyby w moją stronę uśmiechnął się ktoś obcy na ulicy, w biały dzień, tak bez powodu to pewnie na początku pomyślałabym, że to nie do mnie kierowane jest spojrzenie. Ale później… ja to ja – odwzajemniłabym uśmiech. Także wiecie – jeśli mnie spotkacie kiedyś na mieście to uśmiechacie się na własną odpowiedzialność!

Nie bójcie się wyglądać jak szaleniec. Nie bójcie się swoich szerokich uśmiechów. Ja swojego kiedyś nie znosiłam, widziałam w nim milion wad. A teraz? No patrzcie co mnie wyrosło! Uśmiech może być waszą wizytówką, może dodawać Wam odwagi i otwierać wiele drzwi. Ja wiem, że Wy to wiecie, ale będę powtarzać to zawsze, zawsze, zawsze! Bo uwielbiam się uśmiechać, uwielbiam uśmiechy odwzajemniać – nie zawsze na czas i nie zawsze tak śmiało jakbym chciała, ale w końcu ja też wciąż się uczę otwartości na świat. I pamiętajcie, że uśmiech to nie tylko podniesienie kącików ust – to tylko początek, w taki sposób możecie się uśmiechać do groźnego wykładowcy na uczelni. W reszcie przypadków, mniej groźnych, bardziej przyjaznych – jak to mówi Loesje:

I BONUS (nie mogłam się powstrzymać!):

Spontanicznych, szalonych uśmiechów!
Karolina

Dziel się pozytywną energią!
EMAIL
Facebook
Facebook
Google+
http://realizuj.eu/2017/06/12/usmiech-szalenca/
Twitter
Visit Us
PINTEREST
LinkedIn