Być albo nie być… zmokłą kurą?

Znacie to (podobno) cudowne uczucie, gdy po kilku dusznych i gorących godzinach przychodzi krótka, ale mocna i groźna burza, która gdy już sobie pójdzie to sprawia, że z ulgą otwieracie okno w pokoju, a do środka przez dziesięć pięknych minut nie wlatuje żadna mucha? Jeśli wiecie o czym mówię to zapewne przychodzi Wam też do głowy idealne zakończenie tego obrazu gdy wyrasta przed Wami tęcza z garnkiem złota na końcu. Jednak nie o tęczy będzie dziś mowa, a o ciszy przed burzą.

Poniedziałek. Wiecie jak to jest z tym pierwszym dniem tygodnia – chciałoby się go zacząć pozytywnie, z uśmiechem i Nutellą bez kalorii na śniadanie, ale w praktyce bywa różnie. Czasem tak intensywnie, że gdy wracacie z uczelni to w domu macie dosłownie 10 minut na prysznic i już musicie biec na kolejne spotkanie. Tak było i u mnie. Jednak jak to z poniedziałkami (i z każdym innym dniem tygodnia!) bywa – na mojej drodze pojawił się całkiem poważny problem, od którego rozwiązania miały zależeć losy całego Wrocławia! Otóż musiałam wybrać czy dzisiejszego popołudnia Wrocławianie zobaczą na ulicach dziewczynę na hulajnodze czy dziewczynę z żółtym parasolem? Było gorąco, więc czemu miałabym się męczyć w autobusie skoro mogę na miejsce dojechać śmigając po ulicach moją nową bryką? (swoją drogą co za śmieszne słowo!) Ale było też ciemno, co zapowiadało niezłą burzę. Nie widziałam tylko kiedy miałaby się zacząć – może zdążyłabym wrócić ze spotkania? Bo uwierzcie mi – nie mogłam zabrać obu. Na hulajnodze nie można jeździć z dużym parasolem w reku – tego widoku Wrocławianie nigdy nie doświadczą!

Ostatecznie, z wielkim smutkiem w sercu, bo nowa hulajnoga, bo ciepło, bo radość i wiatr we włosach – wybrałam parasol. Jednak może Was teraz zaskoczę, ale ani parasol, ani hulajnoga nie były dobrym wyborem tego popołudnia. Złapała mnie burza. I to nie byle jaka! Taka, która łamie nowe, ulubione parasole, oblewa Was strumieniem wody, którego nie powstydziłby się żaden górski wodospad i sprawia, że w połowie drogi wracacie do domu, bo bez parasola ani rusz, a z nim jeszcze gorzej. A no i kończy się, gdy już wejdziecie do domu. To była właśnie taka burza.

Mam taką teorię na temat ludzkości. (Zapewne nie jest nowa, ale przed chwilą na nią wpadłam, więc dajcie mi się chwilę pocieszyć.) Otóż uwielbiamy tańczyć w deszczu ale tylko wtedy, gdy sami wybierzemy miejsce i czas. Nie lubimy być zaskakiwani, nie lubimy zmieniać planów tylko dlatego, że burza łamie parasolki i niszczy makijaż. Jeśli radość, to tylko zaplanowana? Nie lubię uświadamiać sobie, że właśnie tak działamy. Uwielbiam tańczyć w deszczu, a dziś myślałam tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić do domu i się przebrać. Martwiłam się o telefon w cienkiej torbie, o wykrzywiony parasol. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby sobie poskakać, potańczyć, popatrzeć w niebo. A jeszcze kilka godzin wcześniej, cała spocona po godzinie na słońcu, tylko o tym marzyłam. A gdy deszcz przestał padać – znów sobie o tym przypomniałam. To jak w końcu jest z tą spontaniczną radością, co?

Sztukę przekuwania porażki w lekcję już przerabialiśmy. Sprzedano tysiące książek i napisano milion słów na ten temat. A co ze sztuką przekuwania frustracji w radość, złej sytuacji w dobrą? To zawsze było gdzieś w tle, każdy o tym słyszał, każdy to przerabiał. A tak niewielu potrafi wcielić w życie. To jest cholernie trudne, ale wiecie co? Słyszałam, że warto.

W życiu nie chodzi o to, by przeczekać burzę. Chodzi o to, żeby nauczyć się tańczyć w deszczu.

Powyższe słowa należą do niejakiego Stevena D. Wolf i przypomniały mi się podczas suszenia przemoczonych ciuchów. Gość jest cytowany gdzie się da – w książkach, przy ładnych obrazkach, w takich tekstach na blogach ja ten tutaj i nawet na ścianach w toaletach. I na tym się jego rola kończy – my widzimy to zdanie, uśmiechamy się, potem wychodzimy na deszcz i rozkładamy parasol, w myślach już dawno będąc na innej planecie. A przecież świat podczas deszczu potrafi być piękny!

Ja od mojej burzy uciekłam i pewnie zrobię to jeszcze nie raz, bo jak mówiłam – nie tak łatwo ze złej sytuacji zrobić taką, która wzbudzi pozytywne emocje. I choć miałam uśmiech na ustach gdy przemoczona do suchej nitki wbiegłam do mieszkania to nie zmienia to faktu, że miałam też w głowie jeden cel: uciekać. A przecież tak naprawdę to nie przeszkadzało mi bycie zmokłą kurą!

Jeśli zanosi się na burzę to weź ze sobą swój kolorowy parasol. Ale zanim go rozłożysz rozważ za i przeciw. Może dziś nie musisz nigdzie jednak iść i możesz bez konsekwencji potańczyć na deszczu?

Pełnych tańca i radości burz.
Karolina

Dziel się pozytywną energią!
EMAIL
Facebook
Facebook
Google+
http://realizuj.eu/2017/05/30/zmokla-kura/
Twitter
Visit Us
PINTEREST
LinkedIn