Lubię być obserwowana

Pamiętam, że gdy miałam zaledwie kilka lat w mojej okolicy grasował zabójco-morderco-włamywacz-gwałciciel. Czy jakoś tak. W każdym razie bardzo niebezpieczny człowiek, o którym dużo pisano wtedy w gazetach i dużo rozmawiano pod klatką. To był taki czas, gdy jeszcze mieszkałam w bloku i mimo, że byłam dzieckiem znałam (lub przynajmniej kojarzyłam) większość sąsiadów. Teraz, na studiach, też mieszkam w bloku, z tą różnicą, że kojarzę tylko Pana spod czwórki, który odbiera moje paczki oraz jego żonę, której paczki odbieram ja. Taka znajomość z korzyściami, wiecie. Wracając jednak do tematu i naszego morderco-zabójcy – akurat tak się złożyło, że tego dnia gdy ten włamywacz-gwałciciel miał grasować na naszej klatce (i naprawdę nie wiem, skąd wszyscy wtedy mieli taką informację, jakiś słaby ten złodziejaszek) moja mama musiała koniecznie wyjść do sklepu obok i zostawić mnie i mojego młodszego brata samych, samiusieńkich w domu.

Oczywiście przed wyjściem milion razy upewniła się, że wiemy o czyhającym za rogiem niebezpieczeństwie i że mamy nie otwierać nieznajomym. Najlepiej znajomym też nie, chyba że jesteśmy pewni że to sąsiad. No i wyszła. A my czekaliśmy. I jak to na dobrą historię przystało – po kilku minutach nastąpiło pukanie do drzwi. Albo dzwonek. To było z dziesięć lat temu, więc to zrozumiałe, że nie pamiętam takich szczegółów. Za to pamiętam inne. Jak na przykład to jak rzuciliśmy się wtedy z bratem do drzwi. To znaczy nie do drzwi – najpierw po krzesło do kuchni, później z tym krzesłem już do drzwi. Ach, jakie to było ekscytujące – zobaczyć seryjnego zabójce o którym mówi całe miasto! Więc z pomocą krzesła mogliśmy wyjrzeć przez wizjer. I co ujrzeliśmy? Sąsiada. Ale żeby nie było tak łatwo to sąsiad był jakiś taki inny niż zwykle. No i tu pojawiły się schody – otwierać, bo sąsiad? Czy nie otwierać, bo to może być gwałciciel udający sąsiada? Na zmianę ja i mój brat wyglądaliśmy więc przez ten wizjer i zastanawialiśmy się co tu teraz począć – otwierać, czy nie otwierać? Niby sąsiad, ale co jeśli jednak wzrok nas myli i ten sąsiad spod szóstki jednak był bardziej blond niż ten, który teraz dobija się do drzwi?

Postanowiliśmy przeczekać. Usiedliśmy pod drzwiami i udawaliśmy, że w domu nikogo nie ma. Sąsiad chyba nie uwierzył – zresztą kto by uwierzył jeśli trzy minuty wcześniej słychać było odgłosy bitwy o krzesło i przekrzykiwania dzieciaków? Stał tam i dzwonił/pukał do drzwi jeszcze dłuuuuugą chwilę – w każdym razie siedząc pod drzwiami i czekając aż sąsiad morderca wyważy drzwi czas dłuży się niemiłosiernie.

Nie wiem czy wiecie jak to jest zostać samemu w domu. Kevin wie. Ja już teraz także to wiem co to za uczucie.

Przed wyprowadzką na studia prawie nigdy nie zdarzało mi się być samej w domu. Prawie, bo miało to miejsce ten jeden raz z bratem, gdy stanęliśmy oko w oko z morderco-zabójco-włamywaczo-gwałcicielem (a tak naprawdę to oko w oko przez wizjer), a później może raz lub dwa bez brata. Jednak gdy mieszkałam w bloku, a później w domu jednorodzinnym zwykle był ze mną właśnie on oraz dziadkowie. I dopiero na studiach, gdy moja rodzinka zmieniła się z sześcioosobowej na trzyosobową złożoną ze współlokatorów, a tamci dosyć często bywali w pracy lub na uczelni – dopiero wtedy przekonałam się co to znaczy być samej w domu. W gratisie dostałam przekonanie, że za tym nie przepadam. A pomyśleć, że kiedyś marzyła mi się kawalerka i samotne, niezależne mieszkanie w ciszy, w spokoju i bez kogoś zaglądającego przez ramię co chwila.

Teraz już wiem, że nie dałabym rady bez kogoś takiego. Gdy zostaje sama czuję się taka… nieupilnowana. Co dziesięć minut mam ochotę na nową herbatę czy przekąskę, gubię się na Youtubie i Facebooku, zajmuję się totalnie innymi rzeczami niż miałam w planach. Nikt na mnie nie patrzy, nikt nie obserwuje, nie ma mnie kto skarcić. Nie, żeby którykolwiek z moich współlokatorów to robił, ale gdy mam kogoś obok to jestem jakaś taka bardziej zmotywowana. Nikt z nich nie obserwuje mnie i nie przejmuje się tym, czy pracuje czy tracę czas na inne rzeczy, jednak mimo wszystko wtedy bardziej mi się chce. To dlatego tak dobrze pracuje mi się na mieście, tak bardzo uwielbiam chodzić z laptopem do kawiarni. Są tam ludzie, słyszę ich i widzę – a oni, choć uwagi na mnie nie zwracają to swoją obecnością motywują do pracy.

Lubię być obserwowana.

Może nie tak jawnie, otwarcie, ale czuję się zmotywowana do pracy, gdy wokoło są ludzie. Nie jestem pewna z czego to wynika. Może być to kwestia podświadomego porównywania się do osób, które są obok – w końcu nic tak nie napędza mnie do działania (lub może uspokaja?) jak to, że współlokatorka gra właśnie trzecią godzinę w Sims’y (ściskam Cię mocno, jeśli to czytasz!). Z drugiej strony wokół mnie zawsze ktoś był i dopiero od niedawna doświadczam bycia samej w domu. A przyzwyczajeń trudno się pozbyć.

Więc lubię być obserwowana. Zresztą – wszyscy lubią. W każdym razie takie odnoszę wrażenie. Bo niby po co nam te wszystkie zdjęcia i statusy na fejsie, po co nam konta na Insta i tweety każdego poranka? To moje lubienie bycia podglądaną trochę się różni od tego w mediach społecznościowych, jednak to wciąż ta sama kwestia. Ja po prostu bardziej lubię w realu, jakkolwiek by to nie zabrzmiało.

A tak na marginesie – jeśli mnie pamięć nie myli to wtedy do drzwi pukał jednak sąsiad!

Niech wasze chwile samotności w mieszkaniu będą bardziej produktywne niż moje!
Karolina

Dziel się pozytywną energią!
EMAIL
Facebook
Facebook
Google+
http://realizuj.eu/2017/05/21/lubie-byc-obserwowana/
Twitter
Visit Us
PINTEREST
LinkedIn
  • Dobrze,że tylko obserwowana,a nie podglądana,to byłoby już trochę takie zboczenie 😀 Większość osób chce być widoczna,prawda. Warto tylko znać umiar z potrzebą bycia obserwowanym. Pozdrawiam 😉

    • We wszystkim potrzebny jest umiar 🙂 Chociaż jeśli chodzi o obserwowanie w mediach społecznościowych to w dzisiejszych czasach ten umiar jest naprawdę ważny 😀