7 rzeczy, które zmieniłabym w podstawie programowej

Nie ukrywajmy – podstawa programowa w naszych polskich szkołach nadaje się do kosza. Nieciekawe lektury, sztywne zasady, brak miejsca na inwencję twórczą. I mowa tu o każdym szczeblu edukacji, bo moim zdaniem wszędzie potrzebna jest znaczna modyfikacja – podstawówki, gimnazja i licea po prostu tego potrzebują. Bo szkoła to ma być przecież miejsce, gdzie można się rozwijać i chłonąć wiedzę, a nie myśleć tylko o tym, jak dotrwać do wakacji.

Gdy myślę o idealnej szkole mam w głowie od razu kilka punktów, jakie mogłyby znajdować się w podstawie programowej. Ba!, nie tylko w podstawie, bo mam też pomysły na ogólne założenia i zasady w funkcjonowaniu placówki. I właśnie z tymi myślami tu dziś przychodzę. Z pomysłami na rzeczy, które mogłyby znaleźć się w podstawie programowej w polskich szkołach. Wiem, że większość z nich raczej nie jest realna w najbliższym czasie. Potrzeba pieniędzy, których zawsze mało i chęci, których często jeszcze mniej, ale… kto zabroni mi marzyć i snuć plany? A nuż kiedyś otworzę swoją idealną szkołę z idealną podstawą programową. (Nie psujcie mi marzeń, proszę.)

photo-1455849318743-b2233052fcff

Co według mnie powinno zostać wprowadzone do podstawy programowej?
(lub ogólnych wymogów jakie powinny spełniać polskie szkoły?)

  1. Pływanie, samoobrona, zajęcia relaksacyjne…
    …zamiast skoków, fikołków i wielu innych mało potrzebnych ciekawych, przez które do tej pory mam traumę. Pozwólmy dzieciakom wybierać czy w danym semestrze wolałby chodzić na basen czy może na jogę. Ja chciałam mieć kiedyś taki wybór ale nigdy do niego nie doszło. Do tej pory nie znoszę gry w siatkówkę i boję się piłki, gdy leci w moją stronę. Dlaczego? Bo kiedyś zmuszano mnie do gry, oceniano z tego i nikogo nie obchodził fakt, że ja to raczej wolałabym włączyć muzykę i tańczyć. Co wtedy słyszałam? Że trzeba zrobić to, co w programie, bo nauczyciel jest z tego rozliczany. Że możemy raz czy dwa potańczyć, ale inne dzieciaki za tym nie przepadają, potrzeba jest różnorodność – jedne zajęcia Ci wystarczą? Poza tym – kto to poprowadzi? Bo my, nauczyciele, z pewnością nie. Tyle problemów. Tyle przeszkód. I niewielu chętnych, aby coś z tym zrobić. Bo choć jeszcze liceum było pod tym względem bardziej elastyczne (chociaż nie za wiele!), to już gimnazjum w ogóle. Ja wiem – tu dużo zależy od podejścia nauczyciela, bo jeśli ktoś chce to i taniec od ręki na zajęciach załatwi, a tym co nie lubią grać w koszykówkę podzieli salę na pół i zrobi oddzielne zajęcia z rozciągania. Ale dobra wola nie wystarczy, aby WF w szkołach był fajny. Dlatego dajmy dzieciakom wybór – czy wolą chodzić na basen, czy może na balet? Czy chcą się rozciągać i ćwiczyć szpagaty, czy wolą biegać? Wpiszmy to w podstawę programową i znajdźmy na to pieniądze. Bo co z tego, że ktoś potrafi stanąć na głowie, skoro na szkolnej dyskotece podpiera ściany, bo nikt go nigdy tańczyć nie nauczył? Co z tego, że fikołki zaliczyłam na szóstkę z plusem, skoro nie potrafię kopnąć faceta w jaja podczas napaści? Zresztą nawet jeśli już nie można dać każdemu tego, co lubi najbardziej i tego, co w życiu naprawdę by się przydało to przynajmniej…
  2. Nie oceniajmy.
    Bo co dobrego jest w zmuszaniu kogoś do czegoś, czego nie chce, nie lubi, a potem ocenianiu z tego? Powinnam być najlepsza z całej klasy w bieganiu czy powinnam polubić bieganie? Dlaczego oceny niedostateczne ze stania na głowie mają obniżać moją średnią, skoro ja wolę tańczyć? (a to też przecież aktywność fizyczna!). Co dała mi ta jedynka ze stania na głowie kilka lat temu, skoro ja nadal tego nie potrafię? I nie lubię. I nigdy więcej nie spróbuje, bo dostałam kosę, a nie dostałam tylu wskazówek, jak to zrobić, ilu potrzebowałam. Proszę bardzo – oceniajcie z wiedzy, bo wzorów skróconego mnożenia i odmiany czasownika prawie każdy jest w stanie się nauczyć, ale do aktywności fizycznych nie każdy ma takie same predyspozycje. Poza tym co innego jest zrobić rozgrywki w bieganiu – gdzie jeden jest lepszy od drugiego, bo to się nazywa rywalizacją; a co innego jest dać temu najgorszemu niską ocenę, a temu najlepszemu najwyższą – to już są po prostu głupie zasady. Ale zanim jakikolwiek WF, to…
  3. Może weźmy się za uświadamianie?
    Że każdy z nas jest inny, ale wszyscy jesteśmy warci tyle samo. Że nie ma brzydkich ludzi, nie ma gorszych. Że nie powinniśmy się wstydzić siebie. Wiecie dlaczego tyle dzieciaków chciałoby mieć zwolnienie z zajęć na WF? A właśnie przez to, że czują się gorsi, brzydsi. Że nie chcą pokazywać się innym – bo może nie potrafią tak dobrze biegać, łapać piłkę czy robić przewroty. Sama przez to kiedyś nie lubiłam WF. Więc zanim damy (a raczej wciśniemy) komuś do ręki piłkę to dajmy mu czas na to, aby przyswoił sobie powyższe informacje. Że może czasem mu coś nie wyjdzie, może jego kolega będzie często osiągał lepsze wyniki od niego, ale to nie znaczy, że jest lepszy i fajniejszy. Bo trzeba po prostu próbować i się nie poddawać, trzeba szukać tego, co dla nas najlepsze. I już. Więc zanim jakikolwiek WF to najpierw zróbmy semestr uświadamiania.
  4. Proszę panią, a jak się gotuje zupę?
    Bo skąd mam się nauczyć, jak zrobić danie, którego u mnie w domu nigdy się nie robiło? Książki kucharskie to jedno, dobry nauczyciel to drugie. Jak zrobić najlepszą zupę – powie mama, a jak zrobić indyka czy jakieś nowoczesne danie (którego nawet babcia nie zna)? Internet! A szkoda, bo takie zajęcia w szkole byłyby o wiele bardziej przydatne niż jakieś szydełkowanie. Bo uczyli nas szydełkować i robić na drutach (poważnie!), a wielu z nas nie wie jak przyszyć guzika czy skrócić spodnie. Rozumiem, że zajęcia z wyszywania rozwijają kreatywność – no okej, to skoro już mowa o tej kreatywności to gdzie są zajęcia które naprawdę ją rozwijają? Albo raczej…
  5. Gdzie nauczyciele, którzy się starają?
    Rozbudzać tę naszą kreatywność, motywować i być, po prostu. Gdzie nauczyciele, którzy lubią swoją pracę i nie są w szkołach za karę? Bo zmieniając podstawę programową, zmieniając to co dzieje się w naszych szkołach to chyba własnie od tego powinniśmy zacząć. Od ludzi z pasją. I nie mówię tu o szukaniu takich ludzi na ulicy, przy jednoczesnym masowym zwalnianiu nauczycieli-snobów (choć to też zawsze jakieś wyjście – nierealne, ale zawsze wyjście), a o szkoleniach. Bo doszkalać się z wiedzy o tym, jak będzie wyglądała nowa matura to jedno, a szkolenia z kreatywnego myślenia, sposobów nauczania, motywowania, podejścia do życia, nauki, uczniów – tyle tego jest! Nikt z nas nie jest idealny, ale czasem mam wrażenie, że nauczyciele częściej wolą machnąć ręką na ucznia, który zbytnio odstaje od grupy (czymkolwiek!) niż starać się go lepiej poznać i zrozumieć. A nie o to w nauczaniu chodzi. Nauczycieli też czasem trzeba pouczyć! A jak już oni będą wszystko wiedzieli, to może w końcu powiedzą nam…
  6. Jak się uczyć, żeby się nauczyć?
    Wyżej wspomniałam o zajęciach relaksacyjnych – szczególnie przydałyby się uczniom w klasach poprzedzających ważne egzaminy. Ja dopiero niedawno zrozumiałam, że odpoczynek i relaks to ważna część nauki. Przedtem nikt mi tego nie powiedział. No, może poza blogerami, Internet w końcu wie wszystko. Ale to w szkole mam zdobywać wiedzę i przyswajać ją w taki sposób, aby została mi w głowie na dłużej, jednak nikt mnie tego nigdy nie nauczył. Nikt nie uczy, jak się uczyć. A na każdym stopniu edukacji proces nauki wygląda trochę inaczej i fajnie byłoby go poznać tam, gdzie i sama wiedza do nas przychodzi. A na sam koniec…
  7. Więcej luzuuuu.
    Nie tylko w samej podstawie programowej, ale też później. Matura jest ważna, ale nie najważniejsza. Nie zdążymy przeczytać jednej lektury przez końcem semestru? Trzeba więc książkę na całe 300 stron omówić w 30 minut, nie ma innej opcji. Mieliśmy zaliczyć jedno obowiązkowe wyjście do muzeum w tym semestrze? To koniecznie chodźmy tam, gdzie wszyscy będą się nudzić. Co z tego, że można iść do Muzeum Kolorów czy Muzeum Światła. Przecież to od wieków wiadomo – jak będzie ciekawie i kreatywnie to wszyscy się czegoś nauczą i wszyscy będą zadowoleni, a jak będzie nudno i sztywnie – to sami wiecie co będzie.

Drodzy ludzie odpowiedzialni za podstawę programową w naszym kraju,
powyżej macie 7 perełek, które odmienią szkolny świat.
Postarajcie się i nie zepsujcie tego, proszę.
Ściskam Was mocno,
Karolina

A co Wy byście dodali do podstawy programowej?
Karolina

Dziel się pozytywną energią!
EMAIL
Facebook
Facebook
Google+
http://realizuj.eu/2017/01/06/7-rzeczy-podstawa-programowa/
Twitter
Visit Us
PINTEREST
LinkedIn
  • O tak, zajęcia relaksacyjne! To serio powinno być obowiązkowe. Wszystkie punkty mi się podobają i byłabym za 😉

    • Jestem prawie pewna że oceny uczniów wzrosłyby gdyby Ci wiedzieli, jak się wyluzować przed testem 😀 Chodzenie do szkoły byłoby przyjemniejsze 🙂

  • To wszystko byłoby super, ale niestety nie jest proste ani tanie we wprowadzeniu. A proste i utarte schematy, na które nie trzeba wydać zbyt dużo kasy, w naszym kraju królują. Nie tylko w szkolnictwie, ale też na innych płaszczyznach. Tak naprawdę to byłby to wszystko możliwe, gdyby na odpowiednich stołkach siedzieli odpowiedni ludzie. Odpowiedni – znaczy z werwą, z poczuciem misji, a nie tylko tacy, co chcą się nachapać albo dosiedzieć do emerytury.

  • Kurde, pamiętam jak na informatyce rysowaliśmy w Paincie kartki świąteczne. W sumie nie tylko na święta. Dlaczego nie mieliśmy podstaw kodowania? Albo tworzenia stron www. Albo tworzenia i obróbki grafiki lub innych multimediów. Widzę, że co nieco z tego powprowadzano do podstawy programowej. Duży plus. Jestem ciekawa jak to jest realizowane, ale to pytanie do młodzieży.

    A.. No i tożsamość w sieci, bezpieczeństwo danych i netykieta, bo tego wciąż brakuje. 🙂

    • Właśnie, bo niektóre rzeczy mogą w podstawie być, ale często są pomijane przez nauczycieli 🙁 A co do bezpieczeństwa w sieci to kojarzę, że ja miałam poświęcone na to zaledwie jedne zajęcia i to tylko w podstawówce, a reszta tematu ograniczała się do plakatów na szkolnych korytarzach, na które, powiedzmy sobie szczerze, nikt uwagi nie zwraca.

  • Paweł Gościniak

    Osobiście brakuje mi przystosowania w szkołach średnich do rynku pracy, poszerzania świadomości przedsiębiorczej, tak, aby ludzie umieli wykorzystać swoje pasje w zawodzie. Same ‚podstawy przedsiębiorczości’ są traktowane jak religia, czyli przedmiot nieistotny. Także marzy mi się przerobienie tego przedmiotu w taki sposób, żeby ludzie chcieli go się uczyć dla samych siebie, a nie z przymusu narzuconego przez ministerstwo.
    Trochę też kuleje system profili w szkołach. Przeważnie albo jest szkoła profilowana, albo nie, jednakże wydaje mi się, że system na wzór fiński, tj. klasy ogólne, w których ludzie chodzą po prostu na przedmioty rozszerzone jakimi są zainteresowani, jest bardzo dobry. Nikt nikomu nic nie narzuca, ludzie kierują się tym, co chcą robić w przyszłości. Ogólnie na podstawie tej wiedzy, którą mam o systemie edukacji w Finlandii mogę stwierdzić, że powinniśmy wiele z niego czerpać. Chociażby duża ilość zajęć zawodoznawczych. W Polsce mamy karykaturalny ‚dzień przedsiębiorczości’ – jeden dzień w roku, w którym uczniowie mogą pracować. Oczywiście ktoś zada pytanie – ‚Ale po co? Przecież są szkoły zawodowe i technika’. Są, ale dlaczego powinna dana osoba dowiadywać się tylko o swoim zawodzie? Różnego typu zajęcia poszerzałyby drogi do wyboru dla uczniów. Łatwiej byłoby im się zorientować, bo wiele osób obecnie wybiera ‚na czuja’ i nie trafia w dobry profil, klasę, szkołę.

    Bardzo trafny tekst. Jako uczeń liceum utożsamiam się z większością punktów, które opisałaś. 😉

    • W punkt! Podoba mi się to o czym wspomniałeś 🙂
      Podstawy przedsiębiorczości – u mnie w liceum to faktycznie było jak religia, nikt z tego nic nie wynosił, oceny były za nic, służyły podniesieniu średniej. A to powinny być jedne z ważniejszych zajęć przecież – ale już samo podejście nauczycieli spycha je w cień, bo przecież „tego nie ma na maturze”. A dzień przedsiębiorczości nie we wszystkich szkołach jest praktykowany – u mnie na przykład go nie było.
      A zajęcia dotyczące przyszłości uczniów ograniczają się do spotkań z doradcą zawodowym. Godzinka w gimnazjum i godzinka w liceum, przy czym zwykle robione jest to mało precyzyjnie. Ja od swojego dowiedziałam się na przykład, że mogę pracować w każdym zawodzie i że jestem całkiem elastyczna 😀 Super, dużo mi to dało, naprawdę 😀

      A, i dzięki za komentarz <3

      • Paweł Gościniak

        U nas jeszcze nie ma tragedii – doradczyni zawodowa jest bardzo w porządku, jest jednocześnie też pedagogiem i psychologiem szkolnym. Zajęcia zawodoznawcze prowadzone indywidualnie są całkiem interesujące, można się tam dowiedzieć pewnych rzeczy, ale bardziej są wyobrażeniem siebie o samym sobie. Co do zajęć grupowych – skupiają się raczej na integracji wokół klasy, nie wiem jak z ich ilością w kolejnych klasach, w pierwszej miałem dwie godziny, może trzy. Wina jest po jednej stronie w programie edukacji, który nie przewiduje zbyt wielu takich zajęć, może też leżeć w doradcy, nauczycielu, psychologu, pedagogu, tej drugiej stronie.
        Co do podstaw przedsiębiorczości – paradoksalnie dzięki nim narodziła się moja wizja na zawód w przyszłości, dzięki nauczycielce, która widząc zainteresowanych stara się z nimi robić coś więcej. Nie zawsze jednak Ci zainteresowani chcą poznawać nowe rzeczy i się wyłamują. No nie można na wszystko patrzeć tylko jako problem systemu, też czynnik ludzki jest ważny.

  • Zmiany są rzeczywiście potrzebne i wyszłyby na dobre. Zgadzam się bardzo co do wfu, zero inwencji twórczej nauczycieli, którzy po prostu przychodzą do pracy, zamierzają przeczekać czas lekcji, rzucając dzieciakom piłkę, i wracają do domu. Wf to zdecydowanie pięta Achillesowa obecnego systemu szkolnictwa.

    Moja mama jest przykładem nauczyciela, który się stara. Podziwiam ją za to bardzo, bo to strasznie trudne wśród ludzi, którzy mówią tylko „a po co to robisz?”, „a kto ci za to zapłaci?”. Dzieciaki lubią ją tak bardzo, że kiedy przestaje je uczyć (uczy w klasach 1-3 podstawówki), to przychodzą pomagać jej w klasie przy młodszych kolegach, albo przybiegają na przerwach poopowiadać, co u nich słychać. 🙂

    Myślę, że właśnie nauczyciele z pasją zmieniliby najwięcej. Bo nie zgodzę się z Tobą, że szkoła ma uczyć gotować zupę. Szkoła ma przekazywać wiedzę z konkretnych dziedzin. A gdyby zatrudniano tylko nauczycieli, którzy kochają swoją pracę i potrafią ją wykonywać, nawet wymagające przedmioty i wysoko postawione poprzeczki byłyby ciekawym wyzwaniem, a nie tylko nudnym materiałem do zakucia i zaliczenia.

    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    • Fajną masz mamę <3 Sama miałam kilku takich nauczycieli, którym się chciało i do których wracam na pogaduszki 😀 Na przykład taka historia, za którą nie przepadam, w liceum stała się dla mnie całkiem ciekawą dziedziną, bo nauczyciel lubił swoją pracę. Szkoda, że takich ludzi jest tak mało.
      A co do gotowania zupy – rozumiem Twój punkt widzenia, ale ja po prostu zawsze chciałam mieć chociaż część takich zajęć w szkole, które byłyby bardziej praktyczne niż teoretyczne – a to też wyzwanie dla nauczyciela – zajęcia praktyczne na których dzieciaki faktycznie słuchają i robią to, co jest zadane zamiast rozwalać lekcje 😀

      • Megafajną! 🙂
        Ja też wiem, o co Ci chodziło – często nie ma kto nauczyć dzieci robienia takich rzeczy, bo albo rodzice nadopiekuńczy, albo przeciwnie – ignorują potrzeby dziecka, a potem pełnoletni człowiek idzie na studia i zastanawia się, jak usmażyć sobie kotleta. 😉