Nie lubię klubów

Próbowałam. Nie za wiele, przyznaję, ale te kilka razy to całkiem sporo do wyrobienia sobie wstępnej opinii, nie sądzicie? Poza tym każdy kolejny raz tylko bardziej mnie zniechęca, niż zachęca. Także to do mnie nie przemawia i już. Muzyka jakaś taka za głośna zazwyczaj, ludzie jacyś tacy nie do poznawania raczej, parkiet jakiś taki zbyt tłoczny jak do tańczenia, a i niepewności jakby tak za wiele jak na jedną imprezę. Może chodziłam do złych klubów, co? Może za wiele wymagałam? Może są gdzieś w mieście te fajne, może muszę jeszcze kilka razy spróbować. I spróbuję, jasne! Ale jak na razie brak tu niedomówień z mojej strony – ja po prostu nie lubię klubów.

Nie czuję się gorsza z tego powodu, co to to nie! Nie czuję już nawet presji. Bo jeszcze jakiś czas temu się pojawiała, nie raz jej ulegałam. Bo skoro wszyscy jakoś mogą, lubią, to czemu ja muszę być takim dziwakiem i wyrzutkiem, co to woli spędzić wieczór z fajną książką czy choćby na facebooku? Ja wiem, tego facebooka to nie powinnam pochwalać jako sposobu na spędzanie fajnego wieczoru, ale moim zdaniem prędzej poznam kogoś (i umówię się z nim!) w Internetach, niż na imprezie w klubie.

Ale wracając do tej mojej niechęci do takich imprez. Zaczęło się chyba w liceum. Małe miasto, impreza na początek roku szkolnego. Wstęp od lat 16. I ta presja – wszyscy idą, więc Ty też musisz. Nawet się wtedy tym jarałam – przecież będzie fajnie! No i było – dla wszystkich tych, co to lubią czuć się jak sardynki w puszce. Bo „tłumy” to takie trochę niedopowiedzenie. Szczerze mówiąc to ta przerażająca ilość osób w stosunku do zdecydowanie zbyt małej ilości metrów kwadratowych to jest jedna z niewielu rzeczy, jakie zapamiętałam z tej imprezy. A jedyne co wtedy piłam to sok pomarańczowy! Takiego ścisku to ja nawet w porannym autobusie na uczelnie nie doświadczam, a wierzcie mi – o godzinie 7 rano z miejscami w tym autobusie jest jak z torebkami Wittchen w Lidlu – na jedno miejsce stojące, czyli torebkę – przypada 10 ludzi na nie chętnych. Także jak już zdążyliście to sobie zwizualizować to wyobraźcie sobie tę imprezę sprzed kilku lat. I mnie, która na pierwszej takiej w życiu imprezie czuje się jak ciuchy w mojej studenckiej szafie – czyli ściśnięta z każdej strony – i wraca do domu zaraz po północy. Nawet mnie Kopciuszkiem nazwać nie można, bo ona raczej uciekała przed czasem, a nie brakiem świeżego powietrza. Lub rozczarowaniem. Bo ani tam przecież tańczyć, ani rozmawiać (hej ho, integracjo z nową klasą!), ani nawet siedzieć i pić. Tak więc nikogo chyba nie zdziwi to, że na kolejne takie „szaleństwo” zdecydowałam się dopiero dwa lata później. Jednak lepiej nie było, nawet soczek pomarańczowy podrożał. Tłumaczyłam sobie, że może miasto nie takie jak trzeba, że na studiach będzie lepiej. Studenci przecież uwielbiają kluby!

Czy dwa rozczarowania to już wystarczająco, aby sobie odpuścić ten rodzaj zabawy?

splitshire-7151

Ale wiecie, przez ten czas liceum, gdy kluby weszły do szuflady pt.: „mam lepsze rzeczy do roboty”, ja zdążyłam pokochać imprezy „własne”. W moim gronie, ze znanymi (w większości) mi ludźmi. Takie na przykład zabawy urodzinowe organizowane w remizach, lokalach czy nawet klubach przechodziły nie raz do najlepszych imprez roku. Dużo miejsca, fajni ludzie, sami swoi i nawet drinków nie musisz pilnować. Bezpiecznie i przytulnie, a jak przesadzisz to wiesz, że nie narobisz za wielu głupot. To znaczy jakieś tam na pewno narobisz, ale przynajmniej będzie to wśród swoich.

Ale czas imprez z dużą przestrzenią szybko się skończył i przyszło życie studenckie. Co prawda dopiero się zaczęło, więc nie ma co mówić hop!, ale już teraz wiem, że klub nie będzie mnie za często gościł. Będę raz na jakiś czas próbować, szukać, odrzucać, znów próbować, ale póki nie znajdę czegoś bliskiego moim oczekiwaniom to raczej bawić się będę w inny sposób. Może to chodzi o ludzi, może o lokal albo o rodzaj drinków. A może ja po prostu nie jestem klubową dziewczyną. Wytłumaczenie najprostsze z możliwych. I to też jest spoko. Nie czuję się z tym wcale źle. Mam świadomość, że często będę słyszeć, że wczoraj była świetna impreza i że najlepsze co mogę teraz zrobić, to żałować, że mnie tam nie było. Ale co z tego, skoro będąc całkiem gdzie indziej i robiąc coś totalnie odmiennego, też bawiłam się super?

Zaczynam studenckie życie bez presji chodzenia do klubów. Pojawię się w nich raz na jakiś czas, bo czemu nie jeśli się ma na coś ochotę. Ale nie przekonają mnie do pójścia tylko dlatego, że szykuje się fajna impreza.  Bo „fajną imprezę” to ja mogę sobie zrobić z przyjaciółmi z dnia na dzień. Z domową pizzą, grą planszową i dobrym winem. Fajny wieczór mogę spędzić na milion różnych sposobów i nikt mi nie powie, że z pewnością bawiłam się gorzej niż Ci, którzy zdecydowali się na klub. Bo nie wszyscy muszą przecież uwielbiać kluby. Słyszałam, że studia są własnie po to, aby dobrze się bawić. I to jest ważne. Sposób? Już mniej.

Życzę Wam dobrych imprez – nie tylko klubowych.
Karolina

Dziel się pozytywną energią!
EMAIL
Facebook
Facebook
Google+
http://realizuj.eu/2016/10/25/nie-lubie-klubow/
Twitter
Visit Us
PINTEREST
LinkedIn